Termin “uzależnienie” jest w dzisiejszych czasach bardzo popularny. Choć kojarzy się głównie z używkami, na pewno większość z Was słyszała kiedyś od rodziców, że jest uzależniona od komputera czy gier. Jednak czy przejęliście się tym? Poszliście do poradni, ograniczyliście granie? Zapewne nie. Stwierdziliście, że ci co grają w MMO czy StarCrafta to są uzależnieni, a Wy po prostu jesteście “entuzjastami”. Ja jednak niedawno zauważyłem coś więcej, spojrzałem na siebie z innej perspektywy i w końcu to dostrzegłem.
Nazywam się Kot, mam 17 lat i jestem uzależniony od gier komputerowych.
Początki nie były złe, w końcu nikt nie uzależnia się od pierwszej dawki. Gry singlowe nie wsysają aż tak, w pewnym momencie przestają bawić (najczęściej po ukończeniu), odkładamy je i bierzemy się za następne. Albo i nie. Gorzej z grami sieciowymi.
Zapewne wielu z Was słyszało o Enemy Territory. Prosty, darmowy FPS zrobiony przez Splash Damage. Akurat na możliwości mojego odrobinę starego już wtedy komputera. Nie byłem może najlepszym graczem, ale całość mnie strasznie wciągnęła. Mapy w trybie polegającym na wykonywaniu zadań, a nie durnym deathmatchu. Podział na klasy, z których każda jest potrzebna do zwycięstwa i wymaga skupienia się na innych aspektach gry. Wszystko to sprawiało, że mojemu graniu nie było końca, a XFire naliczyło łącznie 318 godzin spędzonych przy tym tytule. Z czasem piątkowa gra wieczorem po treningu “gały” stała się dla mnie stałym elementem tygodnia, nie mogłem bez tego iść spać czy normalnie funkcjonować. Poznawałem ludzi z serwerów, na których grałem. Wciągałem się do tego stopnia, że rodzice dosłownie nie mogli mnie odciągnąć od komputera. Mimo bycia całkiem grzecznym dzieckiem nie kładłem się o 22:00, a o 23:00 albo i później. Z klanem w ET wiązało się też moje pierwsze zaangażowanie w społeczność internetową, które bardzo się odbiło na moim charakterze (raczej negatywnie) i prześladuje mnie po dziś dzień.
Można przyjąć, że byłem młody i głupi (bądź co bądź to jeszcze podstawówka), dlatego mogłem uzależnić się od takiego czegoś. Ciężej mi się będzie wytłumaczyć z następnego nałogu – Counter-Strike. To była gra, która była moim marzeniem. Bardzo chciałem mieć to u siebie i grać, grać, grać. W końcu pewnego dnia zdałem sobie sprawę z tego, że jedyne co stoi na przeszkodzie to pójście do sklepu i zakupienie tego tytułu – wtedy też to uczyniłem. Zacząłem od Source’a i choć początki nie były łatwe, to wciągnąłem się jeszcze bardziej. Nie miałem co prawda klanu, ale przez niemal cały czas gry starałem się jakiś znaleźć. Grywałem w najróżniejsze tryby – z początku głównie TeamPlay (czyli właściwie zwykły CS – kupujemy broń, terroryści podkładają bombę, a antyterroryści ją rozbrajają), później również GunGame (startujemy z najmocniejszą bronią i za każde zabójstwo otrzymujemy słabszą, aż w końcu zostajemy z samym nożem i kto pierwszy zabije mając tylko jego – wygrywa), jednak najwięcej czasu spędziłem na surfach – mapach, które dzięki drobnej modyfikacji fizyki pozwalały poruszać się po specjalnych rampach, a zależnie od umiejętności i znajomości mapy gracze mogli dolecieć do miejsc z odpowiednio dobrą bronią, lub spaść z rampy i wpaść do więzienia, w którym gracze dojeżdżający do końca mieli zazwyczaj sporą przewagę nad tymi, którzy nie byli dobrzy w samym surfowaniu.
Tym razem nie angażowałem się właściwie w społeczności – to co mnie tak wciągnęło, to sama gra. Mechanika była dla mnie po prostu rewelacyjna, nie wyobrażałem sobie, że można zaimplementować jakieś fajniejsze strzelanie. A tryby gry były w swej prostocie tak genialne, że nie nudziły. Mapy zaprojektowane tak, że po każdej rundzie odkrywałem jakieś nowe ustawienie, nowy wariant “którędy iść”. Akcja rozgrywała się jakoś inaczej i dzięki temu pozwalała, a wręcz zachęcała do zgrania jeszcze jednej rundy. Był to etap dość niegroźnego uzależnienia, kiedy mogłem odejść po pół godziny gry bez marudzenia. Inna sprawa, że gdy mój komputer się zepsuł i utkwiłem na pół gimnazjum z samym laptopem, to kupiłem sobie CSa 1.6 specjalnie po to, by móc na owym laptopie grać. A wraz z nowym piecem wróciłem do Source’a.
Choć wielu z Was pewnie dziwi fakt, że przy jednej grze (no dobra, dwóch – 1.6 i Source) można spędzić 928 godzin, to jak teraz na to patrzę – nie widzę w tym nic złego ani strasznego. Rozkłada się to na dobrych kilka lat, więc w efekcie spędziłem średnio godzinę-dwie dziennie. Dla większości z Was fakt, że gra taka jak Counter-Strike nie znudziła mnie tak długo pewnie źle świadczy o moim guście, ale nic na to nie poradzę – uwielbiam rywalizację, a CS jest jedną z bardziej sprawiedliwych i zbalansowanych platform do niej (jeśli chodzi o rozrywkę wirtualną oczywiście). Nigdy nie miałem problemów związanych ze zbyt długim graniem, myśleniem tylko o nim czy czymś w tym rodzaju, to była po prostu forma rozrywki. Problemy pojawiły się później.
W listopadzie 2008 roku epizod z CSem miałem za sobą, w międzyczasie grałem też krótko (marne 175 godzin) w Call of Duty 4. Na horyzoncie pojawił się kompletnie nowy tytuł – Left 4 Dead. Sporo osób z forum Gamer9 planowało zakup. O grze nie wiedziałem prawie nic, nie miałem dużego doświadczenia z coopem w grach i nie widzę absolutnie nic fajnego w zombie, ale i tak stwierdziłem, że muszę w to grać. To był prawdopodobnie najgorszy okres – jeśli chodzi o granie – w moim życiu. Nie zrozumcie mnie źle – jak grałem, to było wspaniale. Emocje z tej gry są niesamowite, nigdy wcześniej tak bardzo się nie wczuwałem – i jak dotąd nigdy po. Tym razem nie chodziło już o rywalizację i udowodnienie, że jest się lepszym od kogoś… Chociaż może i tak, ale to przy okazji – najważniejsze było przeżycie. Trzymanie się blisko siebie, wołanie o pomoc gdy potrzeba i świadomość, że gdzieś tam, po drugiej stronie kabla jest trójka prawdziwych ludzi, dla których przeżycie jest równie ważne jak dla mnie. Pewnie teraz odrobinę przesadzam, ale tak to zapamiętałem.
Wszystko toczyło się w jak najlepszym porządku, aż do momentu, w którym rodzina już nie wytrzymywała. Grałem praktycznie co wieczór, po kilka godzin, a w związku z tymi wszystkimi emocjami dość głośno się wydzierałem. Jako że tradycją było, że dom kładzie się koło 22:00-23:00, moje granie czasem nawet do północy wytrąciło wszystkich z rytmu. Zaczęło się od próśb, żebym nie grał o tak późnej porze. Potem prośby przerodziły się w zakazy. W końcu rodzina zaczęła odłączać mi router, ukrywać kabel zasilający od komputera, aż pewnego wieczoru w akcie desperacji, nie mogąc mnie odciągnąć od komputera, rodzicielka połamała mi klawiaturę. Wtedy poczułem się jak w patologicznej rodzinie, dziś ciężko mi mieć jakiekolwiek pretensje. Poza tym nawet tak dramatyczne wydarzenie nie wpłynęło na mnie za bardzo, bo już tydzień później spokojnie sobie grałem nie przejmując się ciągłym oporem ze strony rodziny.
Tak naprawdę nigdy nie udało mi się z tym skończyć – czas mijał i coop się nudził, zacząłem grywać Versusy o bardziej ludzkich porach, aż w końcu przestałem grać całkiem. Wtedy nie widziałem żadnego problemu w tym, że gram – skoro wszyscy moi znajomi grali o takiej porze, czemu ja miałbym nie?
Niemniej jednak, przy L4D spędziłem 272 godziny i mam z tego okresu zarówno dużo miłych wspomnień jak i wiele przykrości. Tym samym miałem za sobą już wiele etapów nałogu – najpierw coś praktycznie niegroźnego, następnie kilka lat z czymś, co było dla mnie właściwie bardziej przyzwyczajeniem, aż w końcu coś tak emocjonującego, że miało spory wpływ na moje życie. Obecnie wpadłem w coś, co do czego czasem się zastanawiam, czy nie jest nawet większym bagnem. Od roku spędziłem około 45 dni przy grze League of Legends. 1074 godziny, półtora miesiąca grania bez przerwy. Jeśli przyjąć, że gram od 9 miesięcy (nie pamiętam dokładnie w tej chwili), to wychodzi, że grałem 4 godziny dziennie. Nawet mnie przeraziły te liczby.
LoL jako pierwszy w tym zestawieniu nie jest sieciowym shooterem. Tym razem mamy do czynienia z czymś w rodzaju strategii. Przypomnijcie sobie WarCrafta 3, usuńcie z tego całą budowę bazy, produkcję jednostek i ogółem zostawcie samego championa. Tak właśnie wyglądała jedna z popularniejszych fanowskich map do WarCrafta, DotA. Teraz dodajcie do tego opisu nową grafikę, mechanikę i już wiecie, na czym polega League of Legends. Osobiście lubię nazywać LoLa grą dla ludzi, którzy lubią strategie, ale nie ogarniają multitaskingu i nie chce im się czytać taktyk do StarCrafta. Czyli akurat dla mnie. Choć właściwie nie ma w grze żadnego bohatera, którego bym lubił za design czy historię, to znów – wciągnąłem się dzięki ludziom z forum Gamer9. I grałem. I grałem. I grałem. Z początku z ludźmi z forum Gamer9 (wtedy był to jeden z głównych powodów do gry), jednak z czasem każdemu się nudziło, a ja grałem nadal. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się w LoLu gry rankingowe i od tego czasu bawią mnie praktycznie tylko one. Przyczyn było kilka – najważniejsza to gra na wyższym poziomie (ludzie bardziej się starają, jest kilka dodatkowych zasad przy wyborze postaci m.in. nie może być dwóch takich samych championów w grze) i fakt, że pokazuje mi się moje ELO – takie jakby punkty rankingowe. Za przegraną tracę je, za wygraną zyskuję. Jest to główna rzecz ciągnąca mnie do LoLa – pragnienie wybicia się z niskiego rankingu. Czytam poradniki, porównuję swoje wyniki z kumplem… Po prostu wciągnąłem się. Tu już nawet nie chodzi o walkę z rodziną, po prostu się stoczyłem. Zamiast się uczyć – gram w LoLa. Zamiast spać – gram w LoLa. Zamiast oglądać filmy czy grać w jakieś ciekawe gry – tylko LoL. Przez niego pogorszyła mi się sytuacja ocenowa, mam rekordową ilość nieobecności w szkole i ogółem pogorszony standard życia. Doszło do tego, że celowo skasowałem LoLa z dysku, żeby walczyć z uzależnieniem. Dowodem na uzależnienie jest to, że po tygodniu zainstalowałem go z powrotem. Choć obecnie wydaje mi się, że kontroluję sytuację, z wytęsknieniem czekam na moment, w którym LoL mi się znudzi, bo mam świadomość o ile ciekawsze byłoby moje życie bez niego. Niestety, prawdopodobnie nastąpi to dopiero po premierze DotA 2, a wtedy będę miał jeszcze większy problem.
Kurczę, przez te 9 lat w moim życiu gry wyrządziły sporo zła. Z jednej strony ciężko mi tak naprawdę żałować grania w coś, z drugiej – dopiero po napisaniu tego tekstu widzę jakie skutki miały te wszystkie nałogi i że moje uzależnienie od LoLa jest dużo gorsze niż by mi się zdawało. To już nawet nie są emocje, to jest po prostu jakiś element mojego życia, do którego się przyzwyczaiłem i nie mogę przestać. Może w ramach walki z tym będę sobie robił częstsze przerwy od LoLa albo narzucę jakieś ograniczenia – Wam jednak życzę, żebyście nigdy nie weszli w nałóg, jakikolwiek. Rozmawiając z rodzicami mogę twierdzić, że się nie znają i to tylko gra. Jednak dopiero gdy siadam przed komputerem o 1:00 i piszę tego typu tekst zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele straciłem. Przez głupie pragnienie grania w klanie, zdobywania wysokich miejsc w scoreboardzie na koniec mapy, przejścia kolejnej kampanii czy nabicia wyższego ELO. Nic nie warte cele, a jak wiele można dla nich stracić.





Opublikowane w
Tagi: 

heh, żałosny człowiek(?)opisuje swoje żałosne życie lol. I serio matka Ci połamała klawiaturę? Przejebanie masz kocie
Żałosne to są takie komentarze gościa, który ani tekstu nie zrozumiał, ani językiem ojczystym posługiwać się nie potrafi, a i za grosz odwagi nie ma, aby się choćby swoim nickiem podpisać. Definicja żałosnego gościa, który zastępuje sobie życie nienawiścią do innych. W Internecie. To musi być dopiero smutna egzystencja.
Jak dla mnie, to jeżeli kot uważa, ze jest nałogowcem, to powinien w ogóle przestać mieć cokolwiek wspólnego z grami. Bedąc na Gra-nacie to tak jakby alkoholik sprzedawał w monopolowym.
Hurr Hurr ból dupki.
Bez urazy, Kocie, ale uzależnienie od LoLa jest strasznie żałosne, bo sam LoL jest beznadziejnie nudny. Uzależniłbyś się od Minecrafta, czy coś.
@PannaN: wiesz, ogólnie to nie ma czegoś takiego jak uzależnienie od gier. Nie jako jednostka chorobowa. Nikt nie udowodnił, że można być uzależnionym od gier. Czy telewizji. Czy Internetu. Albo książek. A jednak istnieją ludzie, którzy z tym przesadzając prezentują pewne objawy, szczególnie społeczne, właściwe dla uzależnień.
Rzecz w tym, że tego typu “uzależnienie” to nie to samo co alkoholizm. Ktoś kto nadużywa Internetu powinien przestać w ogóle z niego korzystać? W dzisiejszych czasach? Trochę to nierealne. Takie “uzależnienia” nie są tym samym co fizjologiczne uzależnienie od substancji, które można leczyć jedynie poprzez całkowite odcięcie dostępu do tej substancji.
Jeśli już to problem powinien być moderowany. Nie odetniesz od Sieci kogoś kto nadużywa Sieci – ale powinien on nauczyć się kontrolować czas i rodzaje aktywności z jakimi ma do czynienia podczas siedzenia w Internecie. Nie marnować czasu na bzdury, być może ograniczyć odwiedzanie stron, które zabierają danej osobie najwięcej czasu.
Jak dla mnie Kot powinien po prostu być ostrożniejszy w korzystaniu z pewnego rodzaju gier, szczególnie sieciowych i odnalezienia powodu, który sprawia, że szuka on czegoś w grach czego nie dało mu otoczenie. Nie mam z nim do czynienia w realu, nie miałem okazji z nim pogadać i nie jestem czynnym zawodowo psychologiem, więc to co teraz powiem to nie jest diagnozą, ale jak na mój gust tutaj problem wcale nie tkwi w grach tylko w innych sprawach, być może natury społecznej (socjalizowania się z innymi ludźmi, kontaktami z otoczeniem, zawieraniem przyjaźni), które prowadzą do tego, że człowiek sobie uzupełnia życiowe niedobory czymś innym. Wszyscy trochę to robimy – uciekamy od rzeczywistości w gry, telewizję, filmy, komiksy, książki itd. Rzecz w tym, aby to dobrze balansować i nie zastępować sobie tym normalnego zaspokajania potrzeb życiowych, w tym społecznych.
Moim zdaniem już to, że Kot sobie uświadomił jak sobie życie organizował z grami to dużo. Odcinanie się całkiem od grania nic mu nie da, bo to nie gry są problemem (tak sądzę przynajmniej). Z tego co pisał wynika, że samo pisanie tego tekstu wiele mu uświadomiło, a to już połowa wygranej. Nauczenie się rozsądnego grania i zarządzania swoim czasem przy grach będzie lepsze niż koncentrowanie się na grach jako problemie i próbach sztucznego odcięcia się od nich. Z tego co wiem to gość wielu pasji, więc jak nie gry komputerowe to znajdzie sobie coś innego
. Lepiej będzie jak zastanowi się co mu te gry dały i jak poszukać tego w rzeczywistym świecie.
bo czasami jest tak, że tekst boli… a ten boli
Kot a zdajesz sobie sprawę że nie nazywasz się Kot?
Na szczęście po kilku latach grania w Tibię poszedłem po rozum do głowy i od tego czasu nie gram w gry sieciowe. Z gier multiplayer obecnie stosuję jedynie szachy i ze wszystkich gier wydaje mi się, że ten zapewnia największy respect na dzielnicy.
quaz, to bardzo ładna ściana tekstu, ale jakoś ciężko mi uwierzyć, że szukam przyjaźni czy innych relacji w grach, w których 90% dialogu to “no znowu mnie zabił ten pierdolony fuksiarz/cziter/camper”, czy “noobie nic tylko giniesz, odinstaluj grę”. To bardziej kwestia tego, że ja naprawdę lubię rywalizację – najpierw było kopanie piłki (w którym byłem kiepski), a potem gry (z fazą przejściową “bitewniaki”, w które tez nie byłem za dobry).
Widzę, że niektórzy komentatorzy to się na mózgi z dupą pozamieniali.
Kot pójdzie do roboty to mu przejdzie te pitolenie i attention whore.
A w kościele był?
@Enzo
Śmiechłem
@Kot
E tam, ja poznałem dużo osób w grach, np moją najlepszą przyjaciółkę, bez której sobie nie wyobrażam życia poznałem 6 lat temu w tibii….
Nie czuje się uzależniony od gier, ale zdaje sobie sprawę, że spędzam przy nich dużo czasu, kiedy wracam ze szkoły pierwszą rzeczą jaką robię jest odpalenie deviantarta, g9, torga, cdaction.pl i kilku innych serwisów, potem mecz w lola, starcrafta, rodzice wracają, odrabiam lekcje, uczę się, potem znowu gram. I tak od 15 do 23 w tym jakieś 2 godziny przerwy na naukę. To 6 godzin, wiem, że cholernie dużo. Ale co jest najśmieszniejsze – tylko 1/4 tego czasu przeznaczam na granie. I tutaj zdaje sobie sprawę jakie to jest bezsensu, przez 4 godziny siedzę i robię tak: “o ktoś mi na g9 odpisał, spoko, o na torgu też, odpisze mu, eh na cdaction żadnych nowych newsów, włączę sobie minecrafta, eee nic ciekawego, nie mam w co grać, wejdę jeszcze raz na g9…”
I co mnie dziwi, siedze tak przez 4 godziny i nie czuję, że w ogolę minęły 4 godziny, mimo “nic nie robienia”
A grając w LoLa to już w ogóle 8 godzin leci jak 10 minut. Dlatego nie gram dużo.
Radziłbym Ci Kocie nie włączać żadnej gry a z internetem mieć styczność tylko przez przeglądarkę.
@whatever: ma boleć. Ma skłaniać do myślenia też.
@Serv: to żartobliwy ukłon w stronę AA, a że niekoniecznie chciał podawać swoje nazwisko – co potrafię zrozumieć z uwagi na to o czym pisze – to inna historia. I z uwagi na to, że niektórzy ludzie najwyraźniej mają tak smutną egzystencję, iż nie mają nic lepszego do roboty jak go stalkować po sieci.
@Kot: rywalizacja też jest formą interakcji społecznej. Może więc potrzeba uznania? Nie znam Cię na tyle dobrze, aby móc zrobić coś więcej jak tylko gdybać. Tak czy inaczej ja też lubię rywalizacje, ale nigdy w życiu nie grałbym w jedną grę nawet 100 godzin tylko z tego powodu (moim rekordem jest 80 godzin w GTAIV, a i to nie w multi nawet) – nie mówiąc o takich ogromnych i nieco strasznych liczbach jakie podałeś. Naprawdę nie sądzę, aby “lubię rywalizację” było dostatecznym wyjaśnieniem “grania w jakąś grę tak dużo, że aż negatywnie odbiło się to na moim życiu społecznym, rodzinnym i edukacji”.
@Enzo: niestety, myślenie w narodzie w deficycie. Empatia zresztą też.
@Citan: nie umiesz już trollować. Zestarzałeś się, czas przekazać pałeczkę innym
Dodam może jeszcze, że kiedy pojawiła się beta starcrafta 2 nie miałem w ogóle życia, na wakacjach dzień w dzień 24/7 graliśmy z kumplami 3v3. Ale to też przeszło.
Aktualnie mam głód na mmo, poważnie mam ochotę zagrać w coś nowego, szkoda że nie ma nic ciekawego.
Kot chce być fajny ale mu nie wychodzi ;/
A co do uzależnienia to :
-Co ty kurwa wiesz o uzależnieniach ??
Za mało się w tym tekście napisałeś o samym problemie, a zbyt szczegółowo rozpisałeś o konkretnych grach. Z ciekawszej strony można to było ugryźć.
@quaz: wcale że nie to wy nie doceniacie mojej sztuki już. Poza tym ciężko nadążać teraz za tymi wszystkimi memami żartami internetowymi itp. Wcześniej to się miało czas na research, nie to co teraz.
Jak nie uzależnić się od gier – Nie wchodzić na forum gamer9.
Aval, problem w tym, że początkowo ten tekst miał być po prostu opisem tych gier i tego, co w nich takiego uzależniającego – styl “pamiętniki narkomana” miał jedynie ubarwić tekst. Dopiero w trakcie pisania wyszło na to, że staram się łączyć jedno z drugim – dlatego wyszło tak średnio.
@Quaz Tak serio, robisz za friko psychoanalizę?
A tak w ogóle po przeczytaniu całego tekstu. Kot 3 advicery dla Ciebie. 1. Mów ciszej, przecież masz nudny głos nie powinien to być problem, 2. Jak piszesz swój pamiętnik narkomana to może ubarw go jakoś? Np: “Nie mam dziewczyny, przyjaciół też brak, o ja biedny olaboga” natomiast ja tutaj widzę że gry wyrządziły Ci wiele zła, natomiast nie wiem jakiego… Albo jestem tępy (zdaje sobie z tego sprawę że jestem tępy) i tego nie widzę. A na koniec mały advicerek ode mnie osobiście, numer 3. Weź się Kocik wal na ryj… Nie lubię Cię… Na prawdę… Masz smutny głos… Bardzo.
“A tak w ogóle po przeczytaniu całego tekstu. Kot 3 advicery dla Ciebie. 1. Mów ciszej, przecież masz nudny głos nie powinien to być problem, z drugiej strony lepsze to niż być habasem 2. Jak piszesz swój pamiętnik narkomana to może ubarw go jakoś? Np: “Nie mam dziewczyny, przyjaciół też brak, o ja biedny olaboga” albo “kurwa ale mi kotlety zwisają, moja jedyna szansa na sex to ogłoszenie na pedofilskim serwisie”, natomiast ja tutaj widzę że gry wyrządziły Ci wiele zła, natomiast nie wiem jakiego… Mi na przykład zło wyrządziło jedzenie, i wiem dokładnie jakie. Albo jestem tępy (zdaje sobie z tego sprawę że jestem tępy i gruby) i tego nie widzę. A na koniec mały advicerek ode mnie osobiście, numer 3. Weź się Kocik wal na ryj… Nie lubię Cię… Na prawdę… Masz smutny głos… Bardzo.
@RF: za rzeczy, które robię dobrze mi płacą, więc mogę popsychologizować za darmo czasem
. I nie psychoanalizę. Psychoanaliza to brednie, ważne tylko z punktu widzenia historii.
@Quaz więc jak to się zwie i o co biega?
Hej,
Z góry mówię, że komentarze przejrzałem dość pobieżnie i mój komentarz dotyczy raczej samego tekstu.
Na początek przyszło mi do głowy, że główną funkcją tego artykułu jest terapia. Wyrzucenie z siebie i przyznanie się do słabości. Potem pomyślałem, że to usprawiedliwienie, albo może służyć za “usprawiedliwienie”. Jestem uzależniony, spieprzyłem sobie życie i trzeba mnie żałować – coś w ten deseń.
Druga sprawa – uzależnienie od komputera/netu czy od jakiejkolwiek używki możemy nazwać chorobą nawet jeśli ICD-10 o tym nie wspomina. Bo i leczenie, czy raczej zaleczanie odbywa się w podobnym cyklu.
Teraz dużo zależy od uzależnionego. Garść pomysłów, przykładów i przemyśleń.
1. Można twardo sobie ustalić zasady – od tej do tej przy kompie i muszę zrobić wszystko do czego służy komp. Nauka, rozmowy, zabawa. Działa dość skutecznie, szczególnie jeśli ma sie trochę samozaparcia i np. zrobi kurs pomagający organizować sobie czas.
2. Znaleźć hobby. Książki, modele, cokolwiek. Istotne jest tylko to, by nie używać do tego kompa.
3. Naprawdę angażować się w społeczności. I nie mowie tu o klanach, gildiach czy podobnych. Mówię raczej o forach tematycznych. Ja tak odkryłem w sobie pasję do pisania – ja ścisłowiec, co to zawsze pisał wypracowania na skróty – i zacięcie historyczne.
Z drugiej strony możecie się ze mnie pośmiać, bo mimo tego wszystkiego moje znajomości podtrzymuję głównie przez net. I owszem, jestem od tego netu uzależniony. Z racji jednak na ukierunkowanie – fizyka i informatyka – muszę przy komputerze siedzieć dużo. Szukając informacji, czytając itp. Z drugiej strony, praktycznie każdą internetową znajomość dopełniam spotkaniami w realu. Choć zazwyczaj wymaga to kupieniu biletu na drugi koniec Polski. I tak po sobie widzę, że jeśli jestem u przyjaciół (średnio raz na miesiąc) to komp idzie w odstawkę, chyba że spełnia funkcję wieży. To napawa mnie niejako optymizmem, choć uważać muszę i tak.
Tym jakże jasnym akcentem zakańczam przydługawe smęcenie.\
Sereus
Nie łam się Kot
Ja miałem podobnie. Grałem DUŻO (w SP i LO) i to głównie z gry dla pojedynczego gracza. Socjalizowałem się z ludźmi tylko podczas wspólnych gier w Mortal Kombat 2
(6 osób w pokoju nad klawiaturą). I na dobrą sprawę gdyby nie kolega, który pokazał mi gry fabularne (Warhammer Fantasy Role Play itp.) i kilka ciekawych książek, do których sięgnąłem w latach późniejszych. Potem doszło jeszcze ASG (na zasadzie, bo mogę na żywo być lepszy niż w grach
), gry bitewne i motocykle (lubię bardzo szybko jeździć nocami po drogach). Dzięki tym rzeczą poznałem bardzo dużo ciekawych ludzi i moją (mam nadzieję) przyszłą żonę
Ale w moim życiu gry (w sumie komputer jako cały) też mają negatywny wpływ na moje życie. Po pierwsze potrafię się przykleić do monitora i totalnie olać moją kochaną Mundie. Ale z tym staram się walczyć i mam na tym polu spore sukcesy. Inna sprawa to taka, że bardzo dużo wydaję na gry i czasem NAPRAWDĘ nie mogę się powstrzymać. Z tym walczy się trudniej ale mam inny cel teraz (zbieranie kasy na ślub) i mam nadzieję, że to też uda mi się przezwyciężyć. No i ostatnie sprawa – czytanie „bzdur” w Internecie po nocach. A czytam dokumentnie wszystko – od serwisów informacyjnych, o grach, ASG przez ściany tekstu na wikipedii o takich rzeczach jak ziemniaki, chipsy, frytki itp. I tu ni cholery nie idzie mi kładzenie się spać wcześniej niż ok. 1:00 w nocy
Pięknie napisane ,Piękne przesłanie ja mam tylko z graniem tak w weekendy a tak to się uczę ale coś w moim sercu się poruszyło ten materiał coś we mnie zmienił ale w gry gram dlatego że w życiu nic takiego jak w CS-sie nie mogę zrobić albo nie zostanę dzielnym magiem jak w Dragon age .Życzę powodzenia kocie i wam którzy chcą to rzucić a tym którzy nie chcą to powodzenia w graniu
To nie jest wina gier, znam ludzi którzy grają więcej, mają udane życie towarzyskie, starcza im czasu na obowiązki i są szczęśliwymi ludźmi. Problem tkwi tylko i wyłącznie w tobie. Jesteś życiową porażką z góry. A gry, telewizja czy chu* wie co jeszcze to tylko środki, które do niej doprowadzą. Są ludzie sukcesu, przeciętni i porażki. Ty, niezależnie jak bardzo chciałbyś to zmienić, należysz do ostatniej grupy.
Ej Pawel ale nie graj jutro w lola tylko do klubu chodz co, melanz gruby bedzie :3
krogan
NIKT NIE JEST ŻYCIOWĄ PORAŻKĄ !
Wyłącz komputer, znajdź sobie znajomych i zacznij żyć prawdziwym życiem.
To nie jest takie trudne – najlepiej zdeinstalować gierki, obłożyć komputer kocem tudzież innym prześcieradłem i uciekać zanim znów staniesz się jego nędznym niewolnikiem.
Bo w graniu chodzi o to, żeby utrzymać je na poziomie “uzupełniacza” do życia, a nie głównego jego celu. Do tego jednak każdy musi dojść samemu i na swój sposób.
W Chinach mają sposoby na takich.
W Wietnamie po 22.00 odcinają dostęp do gier MMO
@lykop: ta, łatwe. Bzdura na poziomie “umiem kontrolować swój nałóg i mogę przestać kiedy chcę”.
mogę odczuć co czuje Kot, ponieważ sam mam podobny problem – Warhammer.
modelarstwo wciągnęło mnie mniej więcej w tym samym czasie, ale prawdziwe nasilenie nastało w gimnazjum. jestem hobbystą od przeszło 10 lat, a moją kolekcję można wycenić spokojnie na jakieś 4 – 5 tyś zł.
problem nie polega na fakcie ciągłego grania, czy oddalania się od ludzi. problem mój leży w uczuciu posiadania i odkrywania czegoś nowego z figurkami. Ba, ze światem i mitologią. zasady gry znam lepiej niż rzeczy, które studiuję, bronie, statystyki poszczególnych jednostek i zagrania pamiętam dokładniej, niż książki, jakie czytałem, a mitologię i realia potrafię przytoczyć lepiej niż historię własnego kraju.
jeśli 1074 dni przy LoL uważacie za dużo, co powiecie, że średni czas malowania przeciętnej figurki u mnie zajmuje ok. 6h… dla przypomnienia, posiadam ok. 250 w pełni pomalowanych figurek (śr. 25×56 mm), co daje ponad 1500h…
nie wliczam pojazdów, figurek malowanych dla kogoś i klejenia. Konwersje dają do tego po 3h, a pojazdy… sami rozumiecie.
najgorsze jest to, że jeśli nic takiego nie robię z nimi, mam syndromy podobne do cyklofrenii – naprzemiennie apatia i rozdrażnienie, do tego uczucie pustki w środku. Kiedy już się uda i dokupię coś nowego, następuje euforia, podniecenie, wraca mi chęć do życia.
nie wiem czy powinienem to leczyć, czy szukać wsparcia, ale rozumiem innych z podobnymi problemami.
jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju – nie chcę doprowadzić się do autodestrukcji. ale nie wiem jak…
I od razu podskoczyła średnia komentarzy na Gra – nacie.
Napisałeś, że grałeś w L4D.
Czy to wtedy udało ci się wystąpić razem z enzem w v-recce quaza?
Wtedy jeszcze mało grałem, to co opisałem w tym artykule wydarzyło się trochę później.
heh, kiedyś ostro grałem, ale od kiedy siedzę na Linuxie nie gram wcale. Sprzedałem też większość konsol, zostawiłem jedynie Game Boy’a Pocket’a ze względu na wspomnienia. Kiedyś C.S. zajmował całe dnie prawda, diablo II też. Lecz pojawiają się w życiu rzeczy o wiele ciekawsze od gier.
Będą inne pamiętniki ?
Powstał portal stanowiący grupę wsparcia dla ludzi wychodzących z uzależnienia od gier http://www.niegramy.pl
Przekaż te wiadomość dalej, być może komuś pomożesz.
Ja Cię rozumiem. Też jestem nałogowcem. 3mam kciuki że uda Ci się ogarnąć i wyjść na prostą. >>—->
TEN gość to Krzysztof Pogorzelski z Bialegostoku(Kocie) znam jego historie straszna
(