Strach przed tym, jak będzie się prezentować szósta część serii Call of Duty, towarzyszył mi mniej więcej od zapowiedzi tego, jak będzie działać multiplayer. Usunięcie wyszukiwarki serwerów? Brak modów? Murzynie, proszę! Niestety, stała się rzecz straszna – MW2 sprzedało się i to w gigantycznych ilościach. I choć trzymające obecnie palmę pierwszeństwa Bad Company 2 oddało mi tę, zdawałoby się, niezbędną funkcjonalność, to nawet ono samym gameplayem przypomina bardziej serię Call of Duty niż Battlefield. To pierwszy powód, dla którego nienawidzę Modern Warfare 2.
Tak naprawdę nie chodzi mi o samo MW2, a o cały rynek sieciowych shooterów. Ostatnia produkcja studia Infinity Ward jest dla mnie po prostu dobrym obrazem tego, co się z nim dzieje. Jednak, żebyście zrozumieli wszystkie moje nienawiści, musimy się cofnąć do okolic roku 2004, kiedy to, jako szczyl z podstawówki, zacząłem odkrywać świat mordowania się przez Internet. Razu pewnego wracając ze szkoły postanowiłem wpaść do kolegi i pograć z nim w Crash Team Racing. Zastałem go w trakcie grania w coś, co później okazało się być moim pierwszym krokiem w kierunku zostania człowiekiem bez życia – Wolfenstein: Enemy Territory.
Były to czasy gdy Quake 3 funkcjonował jako coś więcej niż legendarna gra, w którą teraz grywają jedynie profesjonaliści, a w Counter-Strike’a grał każdy. Jednak CS był po prostu bardzo dobrą grą, z charakterystycznymi co prawda pomysłami (położenie nacisku na strzały w głowę, względna realistyczność, kupowanie broni na początku każdej rundy), ale nie wyznaczającymi trendów powielanych później przez miliony gier. Innowacje wprowadzone przez ET widzieliśmy potem w wielu innych produkcjach. Wymienię choćby pięć klas postaci, których zdolności bardzo dobrze uzupełniały się i bez większości z nich wygranie gry było praktycznie niemożliwe (bardzo podobne klasy postaci miało Battlefield 2). Gry toczyły się na dużych, otwartych mapach, ale żeby gracze nie biegali dookoła zabijając się nawzajem, twórcy umieścili na każdej mapie kilka celów, które jedna drużyna musiała wypełnić, a druga jej w tym przeszkodzić. Może w przenoszeniu obiektów, wysadzaniu rzeczy i wciskaniu jakiegoś przycisku nie ma nic nowatorskiego, ale sposób w jaki twórcy to łączyli był naprawdę fajny i fakt, że domyślnie dostępnych mieliśmy jedynie 6 map nie przeszkadzał. Ostatnią wartą uwagi nowinką był system rang i oznaczeń połączony z otrzymywaniem dodatkowych broni i zdolności za każdy poziom doświadczenia. Choć z pewnymi zmianami, jest on obecnie standardem.
W tamtych czasach był wybór – grasz w CSa, w którym liczy się skill, to jak dobrze zabijasz i jeden, bardzo prosty cel misji (podkładanie bomby lub odbijanie zakładników), albo w ET, w którym liczy się wygrana na danej mapie, a do tego potrzebna jest współpraca między graczami. Dziś takiego wyboru nie ma, bo we wszystkie gry gra się tak samo. Mechanika jest identyczna i ciężko nazwać ją realistyczną. Wszędzie liczą się przede wszystkim ładne akcje, serie zabójstw i tym podobne, a to z kim gramy i cel misji mają jedynie gromadzić graczy w jednym miejscu.
Ostatnia gra, która wymagała od nas współpracy to Team Fortress 2, które wyszło w 2007. Jednak jest to inny – śmiem twierdzić – lepszy rodzaj współpracy. W ET najzwyczajniej w świecie nie dało się przejść misji bez inżyniera, który podłoży bądź rozbroi ładunek na moście. Tutaj to gracze stawiają sobie nawzajem przeszkody – rozstawionych przez inżyniera działek zazwyczaj nie da się zniszczyć bez współpracy Demomana i jego wybuchowej broni z Medykiem, który może na chwilę uczynić siebie i wybranego gracza nieśmiertelnymi. I choć nic nie stoi na przeszkodzie, by grać w TF2, to losem każdej gry jest być opuszczoną przez większość społeczeństwa i pozostawioną jedynie tzw. profesjonalnym graczom. Pewnego dnia okaże się, że w TF2 nikt nie gra i chcąc-nie chcąc będę musiał usiąść do kolejnej inkarnacji MW2.
A co mi w nim tak naprawdę przeszkadza? No cóż, zacznijmy może od aspektu społecznościowego. Modern Warfare 2 zabija go. Kiedyś wiedziałem z kim jestem na serwerze i choć oczywiście nie znałem wszystkich od razu po pierwszej grze, to mogłem poczuć ogólną atmosferę serwera, a z czasem wczuwałem się w jego klimat. Poznawałem najlepszych graczy, administrację i obiekty żartów. Teraz – nie ma szans. Oczywiście, mogę wejść do gry ze znajomymi, ale to całkiem co innego. Wtedy nie grałem dla ludzi, tylko dla społeczności jako ogółu. Jasne, z czasem poznawałem niektórych lepiej i wraz z nimi zacząłem grać w różne gry. Ale to byli ludzie, z którymi wielokrotnie spotykałem się na serwerze, a teraz, gdy za każdym razem zderzam się z losowymi graczami, nie ma na to szans.
Zresztą, nawet jak już gram to nie zauważam, kogo zabijam – wszyscy wydają mi się tacy sami, a gra nie pomaga ich rozróżniać. Nie dostaję informacji o tym, kogo zabiłem, a nawet jeśli to gdzieś w rogu ekranu, a na pierwszy plan wyskakuje mi wielka liczba przedstawiająca ilość punktów jaką dostałem i napisy ogłaszające za co. Może jestem staroświecki, ale o wiele bardziej mnie interesuje kogo zabiłem niż ile dostałem za to punktów. I o ile to, czy zrobiłem to strzałem w głowę albo czy mam serię zabójstw jest dla mnie ważne, to wkurza mnie, że punkty dostaje się tu za WSZYSTKO. Pierwszy frag po serii śmierci? *Ding* Zabiłem jakiegoś kolesia, który wcześniej zabił mnie? *Ding* Ten system jest szczególnie durny, bo tacy przeciwnicy nie są w żaden sposób oznaczeni, jak ma to miejsce choćby w TF2. Zresztą, tam wymusił to ogólny, chaotyczny charakter rozgrywki. W CSie przeciwników było dość mało i zawsze był czas, by zobaczyć ich ksywkę – więc gdy ktoś wyjątkowo często ze mną wygrywał, zauważałem to bez żadnych dodatkowych oznaczeń. A gdy w końcu udało mi się go załatwić, to cieszyło mnie to o wiele bardziej, niż w MW2 zabicie dwudziestu gości pod rząd i udowodnienie jaki to ja jestem dobry przeciwko ludziom, których skilla tak na dobrą sprawę nie znam.
I nie chodzi o to, że jestem jakiś przeciwny seriom zabójstw i nagrodom za nie… Bo nie jestem. Powiem więcej, Call of Duty 4 jest w mojej opinii naprawdę dobrą grą. Były serwery, były mody… A wsparcie powietrzne zdobywane za serie zabójstw to naprawdę fajny pomysł. W ogóle całe Modern Warfare mi się podobało i w singlu, i w multi. Ale tu miałem wybór – czy chcę osiągnąć jakiś cel, zdobyć najwyższy poziom doświadczenia i odblokować wszystko, czy po prostu dobrze się bawić i uczynić grę nagrodą samą w sobie? Grałem sobie na serwerach z promodem odbierającym grze właściwie cały aspekt, nazwijmy to RPGowy. I było mi fajnie. Mechanika CoD4 jest naprawdę dobra i grając na tych serwerach poznawałem graczy, czułem fajną atmosferę i miałem realny obraz tego, jak nabieram skilla widząc, że grając z tymi samymi ludźmi kończę coraz wyżej w tabeli z wynikami. A w MW2? Tego wyboru nie mam. W ogóle patrząc na MW2 wydaje mi się, że dziś gracze muszą dostać za grę ileś punktów doświadczenia czy czegoś w tym stylu, bo inaczej wydaje im się, że zmarnowali czas. Albo twórcy gier nam to wmawiają, nie wiem.
Ogółem w tytule posłużyłem się nieco dziennikarską zagrywką zwaną „przyciąganiem uwagi”, bo w gruncie rzeczy lubię MW2. Pewnie, w rozmowach zawsze podkreślam jak bardzo tej gry nienawidzę, ale to trochę wynika z mojej tendencji do popadania w skrajność – jeśli wszyscy coś kochają, a ja za tym nie przepadam, to od razu mówię, że tego nienawidzę. A tak naprawdę to bardzo fajna gra z bardzo wieloma broniami i umiejętnościami, której mechanika fajnie sprawdza się w drużynowym deathmatchu. Niemniej jednak do bardziej drużynowych trybów (Search & Destroy) wolę pierwszą część Modern Warfare.
Jednak to, czego nienawidzę, to ogólna tendencja twórców do kopiowania tego, co się sprzedało. Zamiast produkować coś, co znajdzie swoją niszę, oni wolą zrobić kolejną kalkę głównonurtowej papki dla mas. Mam nadzieję, że rynek prędzej czy później wymusi na twórcach pójście w innowację i nie będę musiał na to czekać do premiery Team Fortress 3.





Opublikowane w
Tagi: 

“Team Fortress 2 jest fajne, ale nie sądzę, by długo pożyło.”
Gra już trzyma się mocno już prawie 3 lata. Faktycznie, nie pożyje długo, skoro ciągle to jedna z najpopularniejszych gier sieciowych. Po trzech latach, mając konkurencję ze strony BC2, MW2. UT3 wyszło w tym samym czasie i już jest cieniem nie zauważanym na multi.
Jasne, z każdym kolejnym updejtem robi się coraz bardziej casualowa, ale potrzyma jeszcze spokojnie kilka lat, do czasu wyjścia trójki.
Tak, uważam Twoje twierdzenie za nieprawidłowe.
AsziM? Kiedy ostatnio grałeś w TF2? Tacy ludzie jak Ty od niego odchodzą, przecież kiedyś byłeś ogromnym fanem, a teraz w Polsce zostały może 3-4 serwery które żyją? Ludzie już teraz odchodzą bo w żadną grę nie da się grać wiecznie, w końcu się nudzi.
Tutaj się mylisz. W każdej grze znajdzie się grupa maniaków, która będzie grała w nią do skończenia świata. Dobrym przykładem jest choćby 600 serwerów UT 2000, oczywiście dużo z nich puste ale wbić na którykolwiek z nich znaczy zostać zgnojony przez ludzi, którzy grają w to od premiery.
Worms Armageddon ma 11 lat i działające serwery z botami.
…i 12 lat gry Koreańczyków w StarCrafcie. Agh, nie mogę się doczekać pierwszych “zaufajnych” recek.
Ej no, jeśli tak się mamy bić to w ET też ciągle grają “grupy maniaków”. Ale ja mówię o grze która żyje, w którą gra sporo ludzi i która – w najlepszym wypadku – jest update’owana. A Wormsy i StarCraft to a) specyficzny przypadek, b) nie sieciowy shooter.
Ale, nie zapominajcie o tym, że TF2 nie jest tą samą grą którą była 3 lata temu. Pokusze sie o stwierdzenie, że teraz jest grą gorszą, stąd odchodzenie ludności. Co nie zmienia faktu, że to chyba najfajniejsza, najbardziej odprężająca gra multi na chwile obecną.
Mógłbym się przeraźliwie rozpisać pod tym artykułem, więc postaram się być możliwe jak najbardziej rzeczowy, by nikt nie umarł ze starości w trakcie czytania.
Brak wyszukiwarki serwerów oraz stałych serwerów jako takich wraz z ich osobliwymi społecznościami to wada, którą również odczułem, szczególnie, że automatyczne łączenie okazało się dość zawodne. Warto jednak pamiętać, że dzięki temu zniknął problem denerwujących adminów (nieuzasadnione zmiany mapy w trakcie meczu, darmowe wylatywanie z serwera, gdy “brakuje miejsca dla kumpla” itp. kwiatków), a proces połączenia został uproszczony do granic możliwości.
Nie rozumiem narzekania na namacalną obecność punktów. Osobiście podoba mi się to rozwiązanie i nakręca mnie tak jak wspomniane wcześniej serie ofiar. Wszelkie paski postępu, skłaniające do większej finezji w walce, są świetnym urozmaiceniem, do tego pomagają lepiej poznać wszystkie aspekty gry (bronie, umiejętności, dodatki, …) oraz wyrabiają dobre nawyki (strzał w głowę jest dużo cenniejszy niż w pakowanie na oślep). Jakby tego było mało, wszystkie te dążenia sprowadzają się do naszego prestiżu na serwerze, bo zarówno nick, poziom, tytuł oraz emblemat są dobrze widoczne (szczególnie, gdy siejemy postrach). Stwierdzenie, że można “po prostu dobrze się bawić i uczynić grę nagrodą samą w sobie” jest śmieszne u samej podstawy, bo ubarwienie gry tylko wzbogaca rozgrywkę i wcale nie musi stać się zabawą samą w sobie – jak to mówią “ganc egal”.
Kooperacja w CoD:MW2 nie stoi na pierwszym planie, ale różnorodność uzbrojenia i specjalnych umiejętności jest ogromna. Tworząc własne klasy określamy jak chcemy grać, co jest nawet lepszym rozwiązaniem niż 5 sztywnych możliwości. Faktem jest też, że samemu meczu nie wygramy (chyba, że jest to FFA
).
Nie mogę się zgodzić z tym co napisałeś o anonimowym zabijaniu. Jako ofiara jesteśmy wręcz epicko informowani, o tym kto nas zdradziecko wykończył, poprzez widok z kamery śmierci. Nie ma też większego problemu ze śledzeniem trafień w ulubionych przeciwników. Generalnie rzecz biorąc cały system niczym nie ustępuje w tych kwestiach wymienionym przez Ciebie tytułom, a nawet je przerasta finezją, przy czym rozrywka nie jest wcale zbyt szybka by się w tym wszystkim połapać (nie popadajmy w paranoje
).
Jeśli już faktycznie chcemy zabrać się za atakowanie tej gry, to powiedziałbym raczej o słonym płaceniu za dodatkowe mapy (do czego nie przywyknę na blaszaku) oraz zerowym wsparciu dla klanowiczów (ale to w sumie rozbija się o sprawę serwerów).
Hmmm pewnie mógłbym jeszcze trochę popisać, ale kto by to czytał…
Pozdrawiam
No tu się zgodzę, jeśli chodzi o TF’a. Gra była dużo lepsza kiedyś kiedy nie było tych wszystkich unlocków. Teraz nie mam żadnej frajdy z tego, że wbije się spajem na kampe snajperów i ich zadźgam, bo połowa będzie miała razorbacka. Nie ma już ludzi ze skillem bo pyro zamiast odbijać pociski używają backburnera, a Soldierowie nie potrafią uderzać pod nogi i biorą direct hita. Spy zrobił się za łatwy od kiedy dostał zegarek do kampienia. Niestety po updacie engineera już długo nie wytrzyma. BO JUŻ NIE MA CO ULEPSZAĆ.
Do tego gdyby nie mój kolega to grałbym w TF’a może raz na miesiąc, a tak skoro mam z kim to jest to dobra zabawa, nawet kiedy nam nie idzie.
Nie znasz się. Czego ty się spodziewasz po rozgrywce multiplayer w FPS. W zasadzie to nie da się już nic wymyślić.
A ja się zgadzam. Jak unlocki od Valve były fajne, tak te użytkowników to nasranie trochę, gra zmieniła się trochę w kolekcjonowanie itemów.